... a konkretnie trzykrotnego (owocnego!) podejścia do diety detoksykującej. Chyba z pięć lat temu po raz pierwszy szarpnęłam się na taką oto dietę: http://poradnikdomowy.pl/poradnikdomowy/1,116269,3902922.html, potem powtarzałam ją jeszcze dwa razy. Z żadnym dietetykiem nie miałam nigdy styczności, nie wiem więc czy ta dietka rzeczywiście jest super-hiper-wyczesana jeśli chodzi o oddziaływanie na najmniejsze aspekty organizmu. Wiem jedno. Przed rozpoczęciem tej diety czułam się ospale, ciężkostrawne żarcie zalegało mi na wątrobie, czułam się zmęczona... Jednym słowem ohyda. Po przerzuceniu się na warzywka od razu poczułam się o wiele lżejsza (choć na wymierne efekty musiałam jeszcze poczekać), poprawiło mi się samopoczucie, a po dwóch tygodniach diety (uzupełnionej ćwiczeniami wykonywanymi w zaciszu domowym, jazdą na rowerze, basenem, tańcem brzucha itp.) schudłam 5 kg! Przy kolejnych podejściach zrzuciłam już tylko 2-3 kg, bo olałam ćwiczenia. Moje zmagania z wagą szczegółowo opisywałam TU :)
Teraz, niestety, sprawa nie jest taka prosta... Po powrocie do domu nie jestem w stanie wygospodarować godziny na machanie rękami i nogami w rytm muzyki (a może nie chcę - szkoda mi czasu...?), a jedzenie, jeśli w ogóle uda mi się zabrać za jego przygotowywanie, szykuję już nie tylko dla siebie, ale też dla męża i synka... Nie śmiałabym głodzić ich (szczególnie synia) ku chwale mojej niższej masy.
Pozostaje mi jedynie znaleźć stosowny kompromis... Oto moje postanowienia:
1) zero słodkiego w pracy (powtarzam: w pracy)
2) dojeżdżanie do pracy rowerem (to już czynię)
3) niejedzenie po 20:00 (wieeem, teoretycznie powinno być "niejedzenie po 18:00", ale to już dla mnie byłaby przesada... Kończenie mojej codziennej konsumpcyjnej przygody o 20:00 i tak będzie ogromnym osiągnięciem dla mnie, etatowego podjadacza...)
4) unikanie tłustych i w inny sposób tuczących potraw
5) raz w tygodniu uprawianie jeszcze jakiegoś sportu. Prawdopodobnie padnie na tenis. Już od dwóch lat mąż mój próbuje zaciągnąć mnie na kort - bez skutku... Trzeba ukrócić to odwlekanie!
Jeszcze jedna sprawa odwodzi mnie od przechodzenia na restrykcyjną dietę i od zapisania się na jakieś zabójcze zajęcia sportowe - chcemy z mężem postarać się o nowego potomka, więc:
Primo: Nie ma co wyniszczać organizmu głodówkami itp.
Secundo: Nie ma powodu angażować się w kilkumiesięczne kursy sportowe, bo w razie zaciążenia (obleśne słowo...) i tak musiałabym zrezygnować,
Tertio: Nie ma sensu zbyt mocno chudnąć, bo i tak wszystko niebawem zostanie zmarnowane :D
Ale siedzieć z założonymi rękami i obserwować mój tłuszczowy rozrost nie mam zamiaru!
Tuesday, June 26, 2012
Friday, June 22, 2012
Historia mojego słodyczoholizmu
Oj, sięga ona pradawnych czasów mojej młodości... Zresztą zamiłowanie małych dzieci do słodyczy jest stwierdzoną przed wiekami oczywistością. Niektórzy z tego wyrastają, niektórzy nie. Ja należę do tych drugich. Nie potrafię odmówić sobie słodkiego. Owszem, były epizody, kiedy mi się to udawało, ale odeszły one w siną dal... Próbowałam wielu strategii. Obecnie wdrażam taką, której głównym założeniem jest, aby NIE KUPOWAĆ słodyczy. Jeśli ktoś mi takowe podaruje, albo nimi poczęstuje - czemu nie. Drugie założenie - NIE PIEC ciast. Mąż nie przepada, dwuletni syn raczej nie dałby rady obalić znacznej ilości (może i by dał, ale ja bym na to nie pozwoliła...), kto więc miałby zjeść całą blachę??
Niestety strategia coraz bardziej traci na swej skuteczności... W pracy zaskakująco często ktoś przynosi łakocie, a w domu zalegają czekolady podarowane mojemu synkowi przez krewnych/przyjaciół. Trzeba to raz na zawsze ukrócić! (Piszę to przegryzając czekoladą, którą dostałam od koleżanki z pracy za wyświadczoną przysługę)
Nawet jeśli udałoby mi się powstrzymywać od konsumpcji słodkiego w rodzinnym mieście, prawdziwe pokusy czyhają w oddalonym o ponad 300 km domu rodzinnym męża... Moja teściowa jest mistrzem kulinarnym! Sama za słodkimi i tłustymi potrawami nie przepada (ubóstwia warzywka), ale rękę do pieczenia słodkości i przyrządzania innych niesłodkich, ale tuczących (i pysznych!) potraw to ona ma! I mam niby odmówić biednej teściowej?
Nie ujmuję tutaj oczywiście talentom kulinarnym mojej własnej mamy. U niej jednak produkcja słodkości odbywa się na znacznie mniejszą skalę. Co nie oznacza oczywiście, że nie stanowi ona dla mnie żadnego zagrożenia.
Grunt, zatem, to asertywność! Będę musiała uzbroić się w stanowczość, a uwagi w stylu "Co, ze mną nie zjesz?" albo "Ale ty przecież chudzina jesteś!" (by moja mama) będą musiały spływać po mnie jak po kaczce...
W nadchodzący weekend czeka mnie chrzest bojowy... Jedziemy do teściów. Wśród atrakcji - imprezka z okazji 5 urodzin naszej chrześnicy. Chyba ze względu na to, że to dopiero począteczek mojej akcji, udzielę sobie pewnej dyspensy. Na samej imprezce uszczknę torciku, ale poza tym post! Wszak tak nagłe odrzucenie wszelkich słodkości może skutkować jakimś szokiem!
Niestety strategia coraz bardziej traci na swej skuteczności... W pracy zaskakująco często ktoś przynosi łakocie, a w domu zalegają czekolady podarowane mojemu synkowi przez krewnych/przyjaciół. Trzeba to raz na zawsze ukrócić! (Piszę to przegryzając czekoladą, którą dostałam od koleżanki z pracy za wyświadczoną przysługę)
Nawet jeśli udałoby mi się powstrzymywać od konsumpcji słodkiego w rodzinnym mieście, prawdziwe pokusy czyhają w oddalonym o ponad 300 km domu rodzinnym męża... Moja teściowa jest mistrzem kulinarnym! Sama za słodkimi i tłustymi potrawami nie przepada (ubóstwia warzywka), ale rękę do pieczenia słodkości i przyrządzania innych niesłodkich, ale tuczących (i pysznych!) potraw to ona ma! I mam niby odmówić biednej teściowej?
Nie ujmuję tutaj oczywiście talentom kulinarnym mojej własnej mamy. U niej jednak produkcja słodkości odbywa się na znacznie mniejszą skalę. Co nie oznacza oczywiście, że nie stanowi ona dla mnie żadnego zagrożenia.
Grunt, zatem, to asertywność! Będę musiała uzbroić się w stanowczość, a uwagi w stylu "Co, ze mną nie zjesz?" albo "Ale ty przecież chudzina jesteś!" (by moja mama) będą musiały spływać po mnie jak po kaczce...
W nadchodzący weekend czeka mnie chrzest bojowy... Jedziemy do teściów. Wśród atrakcji - imprezka z okazji 5 urodzin naszej chrześnicy. Chyba ze względu na to, że to dopiero począteczek mojej akcji, udzielę sobie pewnej dyspensy. Na samej imprezce uszczknę torciku, ale poza tym post! Wszak tak nagłe odrzucenie wszelkich słodkości może skutkować jakimś szokiem!
Wpis numer 1
Niby nie ociekam tłuszczem. Niby tych kilka kilogramów na plusie specjalnie mnie nie przytłacza. Niby nie ma dramatu, o ile włożę odpowiednie ciuchy (najlepiej takie wyszczuplające, ukrywające "oponkę"). Niby mam w nosie cellulit. Niby mąż nie obchodzi mnie szerokim łukiem, jak widzi, że trochę mnie przybyło...
Ale.
Czuję, że pozbycie się kilku kilogramów dodałoby mi SKRZYDEŁ :) Nie chodzi mi tylko o zrzucenie masy ciała, ale też o poprawę tężyzny fizycznej i zmianę nawyków żywieniowych... Postanowiłam spisywać gdzieś moje "wysiłki", bo jak tego nie robię, to moje plany odchudzawcze rozłażą się na wszystkie strony, rozpływają w chaosie...
A sprawa wygląda tak:
1) Ważę coś między 63 a 64 kg
2) Mam 173 cm wzrostu
3) Jestem mamą
4) Od ok. trzech lat się nie ruszam. Tzn. ruch ogranicza się do podróży do pracy (tramwajem), powrotu z pracy, pokonywania trasy żłobek-dom i przechadzek przy okazji spaceru na plac zabaw, do miasta itp. Poza tym nic. Tak właściwie to do niedawna nic, bo parę tygodni temu stał się CUD (MPK podwyższyło ceny biletów na komunikację miejską), który zmobilizował mnie do kupna roweru i fotelika rowerowego dla synka. Codziennie (jeśli nie pada) przemierzam więc ulice miasta. W ramach codziennego "dojeżdżania" pokonuję ok. 15 kilometrów spokojnym, "piknikowym" tempem. Celowo nie forsuję się zbytnio, bo chcę dojechać do pracy w stanie nieupoconym. Krótko mówiąc, cieszę się, że przerzuciłam się na rower, ale jestem świadoma tego, że to o wiele za mało, żeby miało się to przyczynić to spadku mojej wagi...
5) Już parę razy (nie w ciągu ostatnich 3 lat) podejmowałam próby zrzucenia paru kilo - zawsze się udawało :) Więc jest spora szansa, że, jeśli tylko wykrzeszę z siebie więcej entuzjazmu i motywacji, i tym razem się uda!
Ale.
Czuję, że pozbycie się kilku kilogramów dodałoby mi SKRZYDEŁ :) Nie chodzi mi tylko o zrzucenie masy ciała, ale też o poprawę tężyzny fizycznej i zmianę nawyków żywieniowych... Postanowiłam spisywać gdzieś moje "wysiłki", bo jak tego nie robię, to moje plany odchudzawcze rozłażą się na wszystkie strony, rozpływają w chaosie...
A sprawa wygląda tak:
1) Ważę coś między 63 a 64 kg
2) Mam 173 cm wzrostu
3) Jestem mamą
4) Od ok. trzech lat się nie ruszam. Tzn. ruch ogranicza się do podróży do pracy (tramwajem), powrotu z pracy, pokonywania trasy żłobek-dom i przechadzek przy okazji spaceru na plac zabaw, do miasta itp. Poza tym nic. Tak właściwie to do niedawna nic, bo parę tygodni temu stał się CUD (MPK podwyższyło ceny biletów na komunikację miejską), który zmobilizował mnie do kupna roweru i fotelika rowerowego dla synka. Codziennie (jeśli nie pada) przemierzam więc ulice miasta. W ramach codziennego "dojeżdżania" pokonuję ok. 15 kilometrów spokojnym, "piknikowym" tempem. Celowo nie forsuję się zbytnio, bo chcę dojechać do pracy w stanie nieupoconym. Krótko mówiąc, cieszę się, że przerzuciłam się na rower, ale jestem świadoma tego, że to o wiele za mało, żeby miało się to przyczynić to spadku mojej wagi...
5) Już parę razy (nie w ciągu ostatnich 3 lat) podejmowałam próby zrzucenia paru kilo - zawsze się udawało :) Więc jest spora szansa, że, jeśli tylko wykrzeszę z siebie więcej entuzjazmu i motywacji, i tym razem się uda!
Subscribe to:
Posts (Atom)