Niby nie ociekam tłuszczem. Niby tych kilka kilogramów na plusie specjalnie mnie nie przytłacza. Niby nie ma dramatu, o ile włożę odpowiednie ciuchy (najlepiej takie wyszczuplające, ukrywające "oponkę"). Niby mam w nosie cellulit. Niby mąż nie obchodzi mnie szerokim łukiem, jak widzi, że trochę mnie przybyło...
Ale.
Czuję, że pozbycie się kilku kilogramów dodałoby mi SKRZYDEŁ :) Nie chodzi mi tylko o zrzucenie masy ciała, ale też o poprawę tężyzny fizycznej i zmianę nawyków żywieniowych... Postanowiłam spisywać gdzieś moje "wysiłki", bo jak tego nie robię, to moje plany odchudzawcze rozłażą się na wszystkie strony, rozpływają w chaosie...
A sprawa wygląda tak:
1) Ważę coś między 63 a 64 kg
2) Mam 173 cm wzrostu
3) Jestem mamą
4) Od ok. trzech lat się nie ruszam. Tzn. ruch ogranicza się do podróży do pracy (tramwajem), powrotu z pracy, pokonywania trasy żłobek-dom i przechadzek przy okazji spaceru na plac zabaw, do miasta itp. Poza tym nic. Tak właściwie to do niedawna nic, bo parę tygodni temu stał się CUD (MPK podwyższyło ceny biletów na komunikację miejską), który zmobilizował mnie do kupna roweru i fotelika rowerowego dla synka. Codziennie (jeśli nie pada) przemierzam więc ulice miasta. W ramach codziennego "dojeżdżania" pokonuję ok. 15 kilometrów spokojnym, "piknikowym" tempem. Celowo nie forsuję się zbytnio, bo chcę dojechać do pracy w stanie nieupoconym. Krótko mówiąc, cieszę się, że przerzuciłam się na rower, ale jestem świadoma tego, że to o wiele za mało, żeby miało się to przyczynić to spadku mojej wagi...
5) Już parę razy (nie w ciągu ostatnich 3 lat) podejmowałam próby zrzucenia paru kilo - zawsze się udawało :) Więc jest spora szansa, że, jeśli tylko wykrzeszę z siebie więcej entuzjazmu i motywacji, i tym razem się uda!
No comments:
Post a Comment