Tuesday, June 26, 2012

Historia moich diet...

... a konkretnie trzykrotnego (owocnego!) podejścia do diety detoksykującej. Chyba z pięć lat temu po raz pierwszy szarpnęłam się na taką oto dietę: http://poradnikdomowy.pl/poradnikdomowy/1,116269,3902922.html, potem powtarzałam ją jeszcze dwa razy. Z żadnym dietetykiem nie miałam nigdy styczności, nie wiem więc czy ta dietka rzeczywiście jest super-hiper-wyczesana jeśli chodzi o oddziaływanie na najmniejsze aspekty organizmu. Wiem jedno. Przed rozpoczęciem tej diety czułam się ospale, ciężkostrawne żarcie zalegało mi na wątrobie, czułam się zmęczona... Jednym słowem ohyda. Po przerzuceniu się na warzywka od razu poczułam się o wiele lżejsza (choć na wymierne efekty musiałam jeszcze poczekać), poprawiło mi się samopoczucie, a po dwóch tygodniach diety (uzupełnionej ćwiczeniami wykonywanymi w zaciszu domowym, jazdą na rowerze, basenem, tańcem brzucha itp.) schudłam 5 kg! Przy kolejnych podejściach zrzuciłam już tylko 2-3 kg, bo olałam ćwiczenia. Moje zmagania z wagą szczegółowo opisywałam TU :)

Teraz, niestety, sprawa nie jest taka prosta... Po powrocie do domu nie jestem w stanie wygospodarować godziny na machanie rękami i nogami w rytm muzyki (a może nie chcę - szkoda mi czasu...?), a jedzenie, jeśli w ogóle uda mi się zabrać za jego przygotowywanie, szykuję już nie tylko dla siebie, ale też dla męża i synka... Nie śmiałabym głodzić ich (szczególnie synia) ku chwale mojej niższej masy.

Pozostaje mi jedynie znaleźć stosowny kompromis... Oto moje postanowienia:
1) zero słodkiego w pracy (powtarzam: w pracy)
2) dojeżdżanie do pracy rowerem (to już czynię)
3) niejedzenie po 20:00 (wieeem, teoretycznie powinno być "niejedzenie po 18:00", ale to już dla mnie byłaby przesada... Kończenie mojej codziennej konsumpcyjnej przygody o 20:00 i tak będzie ogromnym osiągnięciem dla mnie, etatowego podjadacza...)
4) unikanie tłustych i w inny sposób tuczących potraw
5) raz w tygodniu uprawianie jeszcze jakiegoś sportu. Prawdopodobnie padnie na tenis. Już od dwóch lat mąż mój próbuje zaciągnąć mnie na kort - bez skutku... Trzeba ukrócić to odwlekanie!

Jeszcze jedna sprawa odwodzi mnie od przechodzenia na restrykcyjną dietę i od zapisania się na jakieś zabójcze zajęcia sportowe - chcemy z mężem postarać się o nowego potomka, więc:
Primo: Nie ma co wyniszczać organizmu głodówkami itp.
Secundo: Nie ma powodu angażować się w kilkumiesięczne kursy sportowe, bo w razie zaciążenia (obleśne słowo...) i tak musiałabym zrezygnować,
Tertio: Nie ma sensu zbyt mocno chudnąć, bo i tak wszystko niebawem zostanie zmarnowane :D

Ale siedzieć z założonymi rękami i obserwować mój tłuszczowy rozrost nie mam zamiaru!

3 comments:

  1. Witaj! trafiłam do Ciebie z bloga rowerowego:)
    Trzymam kciuki! ta dieta detoksykacyjna wygląda bardzo podobnie do planu wypłukiwania tłuszczu, z tym, że brakuje soku żurawinowego. Próbowałam tego sposobu w zeszłym roku na wiosnę i muszę powiedzieć, że efekty były, pozbyłam się ok 4 kg. Do tego jednak obowiązkowa jazda rowerem do pracy i 2 razy w tygodniu wyskakanie się na siłowni. Jeśli jeszcze nie zaczęłaś, to polecam, książka jest ciekawa i logicznie napisana.
    Pozdrawiam!
    Katarzyna

    ReplyDelete
  2. Cześć Kasiu, miło Cię poznać :)

    Dieta wypłukiwania tłuszczu powiadasz... Może sobie sprawię!
    A ten sok żurawinowy odgrywał jakąś kluczową rolę? Bo jeśli to on ma zdziałać cuda, to się w niego zaopatrzę!

    ReplyDelete
  3. Tak, sok żurawinowy wedle togo, co jest napisane w książce ma za zadanie oczyszczać wątrobę i przywracać jej zdolność do oczyszczania organizmu i redukowania tłuszczu. Książkę "plan wypłukiwania tłuszczu" znajdziesz na chomiku.

    ReplyDelete