Obawiam się, że pisanie bloga nie jest dla mnie żadnym szczególnym motywatorem do odchudzania... Fakt, że skrobnięcie posta tu i tam powoduje, że lżej mi na duszy z powodu mojej tuszy :D, ale nie popycha mnie do poczynienia jakichś konkretnych kroków ku zrzuceniu tych (przynajmniej) trzech jakże ciężkich kilogramów. Nadal raz po raz skubnę sobie coś słodkiego, zrobiłam sobie też przerwę w jeździe rowerem (flak w kole - już naprawiony!) ALE nie można powiedzieć, że opycham się bez opamiętania! Ba, wydaje mi się nawet, że kiedyś miałam większą słabość do słodyczy i bardziej sobie folgowałam w tej materii, ale nie tyłam! Wniosek jest jeden: po trzydziestce zmienia się metabolizm I TO JAK! Teraz organizm nie wybaczy mi nawet najmniejszych jedzeniowych grzeszków... A ja nie potrafię się pilnować - może dlatego, że mam w głębokim poważaniu obowiązujące dziś "kanony piękna" czyli chodzące szkieletory. A jak na fotkach widzę jędrne i gładkie uda i pupy celebrytek, wiem, że to w znacznej mierze zasługa Photoshopa. W mniejszej mierze dobrych genów, no i tego, że one, jako osoby publiczne, poniekąd pracują ciałem. Weźmy takie modelki albo wokalistki (kiedyś szanująca się wokalistka musiała mieć powalający głos .Dziś musi mieć nieskazitelnie piękne ciało, bo bez tańców w negliżu na koncertach daleko nie ujedzie). Nie motywuje mnie to, że one są szczuplajskie, pozbawione cellulitu i rozstępów, bo ciało to ich narzędzie pracy. Jak utyją - stracą kontrakty, czyli pieniądze. No i jadą cały dzień na sałacie popijanej zieloną herbatą, spędzają trzy godziny dziennie na siłowni itepe... Tego wymaga od nich ich zawód.
Podsumowując - chyba nic na świecie nie jest w stanie zmobilizować / zainspirować mnie do odchudzania. Powoli dochodzę do wniosku, że jedynym sposobem, który mógłby mnie trochę odchudzić jest... karmienie piersią. Dlatego niecierpliwie wyczekuję, aż uda mi się ten sposób wdrożyć w życie ;-)
No comments:
Post a Comment