Thursday, February 14, 2013

Poświąteczny wieloryb, noworoczne postanowienia i moc grejpfruta

Oj pofolgowałam sobie w Święta... I to świadomie. Pomyślałam: "Aaa co tam... Przecież co roku jem słodkie w Święta. Fakt, że potem mam dwa kilo na plusie, ale potem "w praniu" te kilogramy ze mnie schodzą. Na pewno tak będzie i tym razem..."

Niestety myliłam się. O ile zachowywałam względny umiar podczas Wigilii w moim rodzinnym domu, to moje obżarstwo rozhulało się w najlepsze, jak pojechaliśmy na drugą część Świąt do teściów. Byliśmy tam aż do 2 stycznia. No i wcinałam... ciasta, ciasteczka, cukierki, cukiereczki, torty, torciki... Po powrocie do domu zważyłam się. Waga wskazała 66.5 kg. Przeraziłam się z lekka, bo w życiu tyle jeszcze nie ważyłam (no poza początkiem ciąży). Ale potem przypomniałam sobie, że przecież zrzucę ten świąteczny balast w mig, jeśli tylko ograniczę słodkie. Waga nie spadała, trwała uparcie w okolicach 66 kg...

Postanowiłam zaostrzyć wymagania w stosunku do siebie samej. Klamka zapadła. ZERO słodkiego! I wiecie co..? Udaje mi się! Odmawiam wszelkich słodkich poczęstunków, nawet jeśli są to torciki z okazji czyichś imienin... No raz przez te niecałe dwa miesiące skusiłam się na dosłownie plasterek nowego tortu mojej mamy. A poza tym NULL! Jestem z siebie dumna.

Dowiedziałam się też, że grejpfrut pomaga w odchudzaniu i poprawia metabolizm. I tak już od ponad miesiąca jem 1 grejpfruta dziennie. Skutek? Waga wskazuje 64,2 kg!

Czyli tak:
1) Słodkie wyeliminowane
2) Grejpfrut wcinany
3) Do wdrożenia pozostaje jeszcze jeden niezawodny sposób... Karmienie piersią... To da się zrobić! Pstryk :)

Monday, September 17, 2012

WySPAłam się!

Nie ma to może zbyt wiele wspólnego ze zrzucaniem wagi (do którego i tak nie jestem jakoś szczególnie zmotywowana), ale wiąże się z ogólnym dbaniem o swoje ciało i samopoczucie. Mianowicie w weekend po raz pierwszy odwiedziłam SPA. Zawitałam tam z trzema koleżankami ze studiów. Wykupiłyśmy pakiet z soboty na niedzielę i mogłyśmy do woli korzystać z basenu (mały...), sauny mokrej, suchej, jacuzzi i aromaterapii. Pakiet obejmował też podstawy jogi (w sobotę o 22:00 - niezła pora!) no i - gwóźdź programu - masaż całego ciała specjalistycznymi indyjskimi olejkami (niedziela 13:00). Oczywiście miałyśmy też zapewniony nocleg i wyżywienie w hotelowej restauracji.
Celem wypadu miało być oderwanie się od prozaicznego życia i obowiązków związanych z opieką nad dziećmi (trzy z nas są mamami, czwarta koleżanka będzie mamą za półtora miesiąca) i nawet to, że hotel&spa położone były pod Poznaniem, czyli "rzut beretem" od naszych domów, nie przeszkodziło nam w relaksie...
Ech, czasem człowiek musi się polenić. Byłyśmy tylko my, spa, herbatki, szlafroczki... Co skutecznie zresetowało mi mózg i pozwoliło z większą gotowością wkroczyć w kolejny tydzień pracy.


Jedno jest pewne: raz na ruski rok będę się tam zgłaszać!

Thursday, September 13, 2012

Niedowodzie

Niedowodzie - oto moja własna diagnoza tego, co mi dolega (nazwa oczywiście mojego autorstwa).
Wczoraj doszłam do szokującej konkluzji, że prawie nic nie piję! Rano po wstaniu spieszę się do wyjścia, w pracy dopiero ok. 10:00 kawa z mlekiem, wieczorem w domu może jakaś szklanka soku... A poza tym nic! Nie wiem, jak udawało mi się funkcjonować z takim niedoborem wody...
Poczytałam sobie tu i ówdzie o skutkach picia zbyt małej ilości płynów. Są wśród nich zmęczenie, rozdrażnienie... Wypisz, wymaluj ja! Podejrzewam, że na moją skłonność do niechudnięcia również wpłynęło to, że żyję w suszy. Przecież w każdej diecie powtarzają, żeby pić hektolitry wody. Nie wiem dokładnie, jak picie sporej ilości płynów przekłada się na jakość przemiany materii, ale podejrzewam, że jakiś związek istnieje. Nawodniony organizm chyba lepiej trawi.
Tak czy inaczej od dzisiaj pilnuję się, żeby pić więcej. Za tydzień o tej porze będę rześka, milutka i leciutka jak piórko!

Monday, September 10, 2012

Tenis w porcie

Dwa posty temu wspominałam o kuponie zniżkowym na grę w tenisa. Na razie z czterech godzin wykorzystaliśmy dwie i... muszę powiedzieć, że nawet mi się podoba! Zdecydowaliśmy się na zajęcia z instruktorem, co było bardzo dobrym posunięciem, bo widzę, że znajomość techniki jest naprawdę użyteczna. Po pierwsze można mieć poczucie, że naprawdę gra się w tenisa, a nie tylko odbija piłeczkę na drugą stronę siatki, a po drugie (w sumie ważniejsze) gdy zna się technikę chwytu, wykonywania uderzeń itp., to nie nadwerężają się nadgarstki, kolana czy tam inne dziwactwa, które człek angażuje podczas gry.
Na razie mieliśmy zajęcia z forehandu i backhandu. Następne podejście w środę. Podrzucimy małego rodzicom i... hulaj dusza na korcie!

Stan rzeczy

Obawiam się, że pisanie bloga nie jest dla mnie żadnym szczególnym motywatorem do odchudzania... Fakt, że skrobnięcie posta tu i tam powoduje, że lżej mi na duszy z powodu mojej tuszy :D, ale nie popycha mnie do poczynienia jakichś konkretnych kroków ku zrzuceniu tych (przynajmniej) trzech jakże ciężkich kilogramów. Nadal raz po raz skubnę sobie coś słodkiego, zrobiłam sobie też przerwę w jeździe rowerem (flak w kole - już naprawiony!) ALE nie można powiedzieć, że opycham się bez opamiętania! Ba, wydaje mi się nawet, że kiedyś miałam większą słabość do słodyczy i bardziej sobie folgowałam w tej materii, ale nie tyłam! Wniosek jest jeden: po trzydziestce zmienia się metabolizm I TO JAK! Teraz organizm nie wybaczy mi nawet najmniejszych jedzeniowych grzeszków... A ja nie potrafię się pilnować - może dlatego, że mam w głębokim poważaniu obowiązujące dziś "kanony piękna" czyli chodzące szkieletory. A jak na fotkach widzę jędrne i gładkie uda i pupy celebrytek, wiem, że to w znacznej mierze zasługa Photoshopa. W mniejszej mierze dobrych genów, no i tego, że one, jako osoby publiczne, poniekąd pracują ciałem. Weźmy takie modelki albo wokalistki (kiedyś szanująca się wokalistka musiała mieć powalający głos .Dziś musi mieć nieskazitelnie piękne ciało, bo bez tańców w negliżu na koncertach daleko nie ujedzie). Nie motywuje mnie to, że one są szczuplajskie, pozbawione cellulitu i rozstępów, bo ciało to ich narzędzie pracy. Jak utyją - stracą kontrakty, czyli pieniądze. No i jadą cały dzień na sałacie popijanej zieloną herbatą, spędzają trzy godziny dziennie na siłowni itepe... Tego wymaga od nich ich zawód.
Podsumowując - chyba nic na świecie nie jest w stanie zmobilizować / zainspirować mnie do odchudzania. Powoli dochodzę do wniosku, że jedynym sposobem, który mógłby mnie trochę odchudzić jest... karmienie piersią. Dlatego niecierpliwie wyczekuję, aż uda mi się ten sposób wdrożyć w życie ;-)

Wednesday, July 18, 2012

Manna z nieba

Znak! Cud! Błogosławieństwo! To nie może być jedynie zbieg okoliczności...
Jak powszechnie wiadomo, od dość długiego już czasu bujamy się z mężem z zamiarem popsztykania w tenisa. Podświadomie rękami i nogami zapieram się przed pójściem na kort...
Ale wczoraj na moją skrzynkę wpłynęła oferta (normalnie wyrzuciłabym ją jako spam) jednej z firm oferujących tzw. zakupy grupowe. Oferta dotyczy ogromnej (ponad 50%) zniżki na cztery godziny gry w tenisa! 29 złotych zamiast 100 złotych!
Moja poznańska dusza cieszy się niebywale... Coś czuję, że cała sprawa będzie miała swoje zakończenie na korcie. No chyba, że perfidni internauci wykupią wszystkie vouchery... Czas nagli!

Monday, July 9, 2012

Pierwszy kryzys minął

Pierwsza część odwyku od słodkości za mną. Przeszłam już okres ślinienia się na widok ciast, czekolad i cukierków, teraz z dumą mogę powiedzieć, że widok ten mnie (prawie) nie rusza. Test zasadniczy przeszłam w ubiegłą sobotę, na weselu znajomych. Nie skusiłam się na słodkie wypieki, mimo że nęciły mnie ze stolika... Wolałam poczęstować się apetycznymi owockami :-) W wytrwaniu w postanowieniu być może pomogło mi to, iż zadeklarowałam się, że zerwę się z imprezy przed 22, żeby położyć spać naszą latorośl... Tak czy inaczej, udaje mi się!
Jazda rowerem też męczy mnie już trochę mniej niż miesiąc temu. Teraz tylko pozostało mi wdrożyć tego feralnego tenisa...
Jutro rano się zważę i doniosę o wyniku tegoż pomiaru.