Nie ma to może zbyt wiele wspólnego ze zrzucaniem wagi (do którego i tak nie jestem jakoś szczególnie zmotywowana), ale wiąże się z ogólnym dbaniem o swoje ciało i samopoczucie. Mianowicie w weekend po raz pierwszy odwiedziłam SPA. Zawitałam tam z trzema koleżankami ze studiów. Wykupiłyśmy pakiet z soboty na niedzielę i mogłyśmy do woli korzystać z basenu (mały...), sauny mokrej, suchej, jacuzzi i aromaterapii. Pakiet obejmował też podstawy jogi (w sobotę o 22:00 - niezła pora!) no i - gwóźdź programu - masaż całego ciała specjalistycznymi indyjskimi olejkami (niedziela 13:00). Oczywiście miałyśmy też zapewniony nocleg i wyżywienie w hotelowej restauracji.
Celem wypadu miało być oderwanie się od prozaicznego życia i obowiązków związanych z opieką nad dziećmi (trzy z nas są mamami, czwarta koleżanka będzie mamą za półtora miesiąca) i nawet to, że hotel&spa położone były pod Poznaniem, czyli "rzut beretem" od naszych domów, nie przeszkodziło nam w relaksie...
Ech, czasem człowiek musi się polenić. Byłyśmy tylko my, spa, herbatki, szlafroczki... Co skutecznie zresetowało mi mózg i pozwoliło z większą gotowością wkroczyć w kolejny tydzień pracy.
Jedno jest pewne: raz na ruski rok będę się tam zgłaszać!
Monday, September 17, 2012
Thursday, September 13, 2012
Niedowodzie
Niedowodzie - oto moja własna diagnoza tego, co mi dolega (nazwa oczywiście mojego autorstwa).
Wczoraj doszłam do szokującej konkluzji, że prawie nic nie piję! Rano po wstaniu spieszę się do wyjścia, w pracy dopiero ok. 10:00 kawa z mlekiem, wieczorem w domu może jakaś szklanka soku... A poza tym nic! Nie wiem, jak udawało mi się funkcjonować z takim niedoborem wody...
Poczytałam sobie tu i ówdzie o skutkach picia zbyt małej ilości płynów. Są wśród nich zmęczenie, rozdrażnienie... Wypisz, wymaluj ja! Podejrzewam, że na moją skłonność do niechudnięcia również wpłynęło to, że żyję w suszy. Przecież w każdej diecie powtarzają, żeby pić hektolitry wody. Nie wiem dokładnie, jak picie sporej ilości płynów przekłada się na jakość przemiany materii, ale podejrzewam, że jakiś związek istnieje. Nawodniony organizm chyba lepiej trawi.
Tak czy inaczej od dzisiaj pilnuję się, żeby pić więcej. Za tydzień o tej porze będę rześka, milutka i leciutka jak piórko!
Wczoraj doszłam do szokującej konkluzji, że prawie nic nie piję! Rano po wstaniu spieszę się do wyjścia, w pracy dopiero ok. 10:00 kawa z mlekiem, wieczorem w domu może jakaś szklanka soku... A poza tym nic! Nie wiem, jak udawało mi się funkcjonować z takim niedoborem wody...
Poczytałam sobie tu i ówdzie o skutkach picia zbyt małej ilości płynów. Są wśród nich zmęczenie, rozdrażnienie... Wypisz, wymaluj ja! Podejrzewam, że na moją skłonność do niechudnięcia również wpłynęło to, że żyję w suszy. Przecież w każdej diecie powtarzają, żeby pić hektolitry wody. Nie wiem dokładnie, jak picie sporej ilości płynów przekłada się na jakość przemiany materii, ale podejrzewam, że jakiś związek istnieje. Nawodniony organizm chyba lepiej trawi.
Tak czy inaczej od dzisiaj pilnuję się, żeby pić więcej. Za tydzień o tej porze będę rześka, milutka i leciutka jak piórko!
Monday, September 10, 2012
Tenis w porcie
Dwa posty temu wspominałam o kuponie zniżkowym na grę w tenisa. Na razie z czterech godzin wykorzystaliśmy dwie i... muszę powiedzieć, że nawet mi się podoba! Zdecydowaliśmy się na zajęcia z instruktorem, co było bardzo dobrym posunięciem, bo widzę, że znajomość techniki jest naprawdę użyteczna. Po pierwsze można mieć poczucie, że naprawdę gra się w tenisa, a nie tylko odbija piłeczkę na drugą stronę siatki, a po drugie (w sumie ważniejsze) gdy zna się technikę chwytu, wykonywania uderzeń itp., to nie nadwerężają się nadgarstki, kolana czy tam inne dziwactwa, które człek angażuje podczas gry.
Na razie mieliśmy zajęcia z forehandu i backhandu. Następne podejście w środę. Podrzucimy małego rodzicom i... hulaj dusza na korcie!
Na razie mieliśmy zajęcia z forehandu i backhandu. Następne podejście w środę. Podrzucimy małego rodzicom i... hulaj dusza na korcie!
Stan rzeczy
Obawiam się, że pisanie bloga nie jest dla mnie żadnym szczególnym motywatorem do odchudzania... Fakt, że skrobnięcie posta tu i tam powoduje, że lżej mi na duszy z powodu mojej tuszy :D, ale nie popycha mnie do poczynienia jakichś konkretnych kroków ku zrzuceniu tych (przynajmniej) trzech jakże ciężkich kilogramów. Nadal raz po raz skubnę sobie coś słodkiego, zrobiłam sobie też przerwę w jeździe rowerem (flak w kole - już naprawiony!) ALE nie można powiedzieć, że opycham się bez opamiętania! Ba, wydaje mi się nawet, że kiedyś miałam większą słabość do słodyczy i bardziej sobie folgowałam w tej materii, ale nie tyłam! Wniosek jest jeden: po trzydziestce zmienia się metabolizm I TO JAK! Teraz organizm nie wybaczy mi nawet najmniejszych jedzeniowych grzeszków... A ja nie potrafię się pilnować - może dlatego, że mam w głębokim poważaniu obowiązujące dziś "kanony piękna" czyli chodzące szkieletory. A jak na fotkach widzę jędrne i gładkie uda i pupy celebrytek, wiem, że to w znacznej mierze zasługa Photoshopa. W mniejszej mierze dobrych genów, no i tego, że one, jako osoby publiczne, poniekąd pracują ciałem. Weźmy takie modelki albo wokalistki (kiedyś szanująca się wokalistka musiała mieć powalający głos .Dziś musi mieć nieskazitelnie piękne ciało, bo bez tańców w negliżu na koncertach daleko nie ujedzie). Nie motywuje mnie to, że one są szczuplajskie, pozbawione cellulitu i rozstępów, bo ciało to ich narzędzie pracy. Jak utyją - stracą kontrakty, czyli pieniądze. No i jadą cały dzień na sałacie popijanej zieloną herbatą, spędzają trzy godziny dziennie na siłowni itepe... Tego wymaga od nich ich zawód.
Podsumowując - chyba nic na świecie nie jest w stanie zmobilizować / zainspirować mnie do odchudzania. Powoli dochodzę do wniosku, że jedynym sposobem, który mógłby mnie trochę odchudzić jest... karmienie piersią. Dlatego niecierpliwie wyczekuję, aż uda mi się ten sposób wdrożyć w życie ;-)
Podsumowując - chyba nic na świecie nie jest w stanie zmobilizować / zainspirować mnie do odchudzania. Powoli dochodzę do wniosku, że jedynym sposobem, który mógłby mnie trochę odchudzić jest... karmienie piersią. Dlatego niecierpliwie wyczekuję, aż uda mi się ten sposób wdrożyć w życie ;-)
Wednesday, July 18, 2012
Manna z nieba
Znak! Cud! Błogosławieństwo! To nie może być jedynie zbieg okoliczności...
Jak powszechnie wiadomo, od dość długiego już czasu bujamy się z mężem z zamiarem popsztykania w tenisa. Podświadomie rękami i nogami zapieram się przed pójściem na kort...
Ale wczoraj na moją skrzynkę wpłynęła oferta (normalnie wyrzuciłabym ją jako spam) jednej z firm oferujących tzw. zakupy grupowe. Oferta dotyczy ogromnej (ponad 50%) zniżki na cztery godziny gry w tenisa! 29 złotych zamiast 100 złotych!
Moja poznańska dusza cieszy się niebywale... Coś czuję, że cała sprawa będzie miała swoje zakończenie na korcie. No chyba, że perfidni internauci wykupią wszystkie vouchery... Czas nagli!
Jak powszechnie wiadomo, od dość długiego już czasu bujamy się z mężem z zamiarem popsztykania w tenisa. Podświadomie rękami i nogami zapieram się przed pójściem na kort...
Ale wczoraj na moją skrzynkę wpłynęła oferta (normalnie wyrzuciłabym ją jako spam) jednej z firm oferujących tzw. zakupy grupowe. Oferta dotyczy ogromnej (ponad 50%) zniżki na cztery godziny gry w tenisa! 29 złotych zamiast 100 złotych!
Moja poznańska dusza cieszy się niebywale... Coś czuję, że cała sprawa będzie miała swoje zakończenie na korcie. No chyba, że perfidni internauci wykupią wszystkie vouchery... Czas nagli!
Monday, July 9, 2012
Pierwszy kryzys minął
Pierwsza część odwyku od słodkości za mną. Przeszłam już okres ślinienia się na widok ciast, czekolad i cukierków, teraz z dumą mogę powiedzieć, że widok ten mnie (prawie) nie rusza. Test zasadniczy przeszłam w ubiegłą sobotę, na weselu znajomych. Nie skusiłam się na słodkie wypieki, mimo że nęciły mnie ze stolika... Wolałam poczęstować się apetycznymi owockami :-) W wytrwaniu w postanowieniu być może pomogło mi to, iż zadeklarowałam się, że zerwę się z imprezy przed 22, żeby położyć spać naszą latorośl... Tak czy inaczej, udaje mi się!
Jazda rowerem też męczy mnie już trochę mniej niż miesiąc temu. Teraz tylko pozostało mi wdrożyć tego feralnego tenisa...
Jutro rano się zważę i doniosę o wyniku tegoż pomiaru.
Jazda rowerem też męczy mnie już trochę mniej niż miesiąc temu. Teraz tylko pozostało mi wdrożyć tego feralnego tenisa...
Jutro rano się zważę i doniosę o wyniku tegoż pomiaru.
Tuesday, June 26, 2012
Historia moich diet...
... a konkretnie trzykrotnego (owocnego!) podejścia do diety detoksykującej. Chyba z pięć lat temu po raz pierwszy szarpnęłam się na taką oto dietę: http://poradnikdomowy.pl/poradnikdomowy/1,116269,3902922.html, potem powtarzałam ją jeszcze dwa razy. Z żadnym dietetykiem nie miałam nigdy styczności, nie wiem więc czy ta dietka rzeczywiście jest super-hiper-wyczesana jeśli chodzi o oddziaływanie na najmniejsze aspekty organizmu. Wiem jedno. Przed rozpoczęciem tej diety czułam się ospale, ciężkostrawne żarcie zalegało mi na wątrobie, czułam się zmęczona... Jednym słowem ohyda. Po przerzuceniu się na warzywka od razu poczułam się o wiele lżejsza (choć na wymierne efekty musiałam jeszcze poczekać), poprawiło mi się samopoczucie, a po dwóch tygodniach diety (uzupełnionej ćwiczeniami wykonywanymi w zaciszu domowym, jazdą na rowerze, basenem, tańcem brzucha itp.) schudłam 5 kg! Przy kolejnych podejściach zrzuciłam już tylko 2-3 kg, bo olałam ćwiczenia. Moje zmagania z wagą szczegółowo opisywałam TU :)
Teraz, niestety, sprawa nie jest taka prosta... Po powrocie do domu nie jestem w stanie wygospodarować godziny na machanie rękami i nogami w rytm muzyki (a może nie chcę - szkoda mi czasu...?), a jedzenie, jeśli w ogóle uda mi się zabrać za jego przygotowywanie, szykuję już nie tylko dla siebie, ale też dla męża i synka... Nie śmiałabym głodzić ich (szczególnie synia) ku chwale mojej niższej masy.
Pozostaje mi jedynie znaleźć stosowny kompromis... Oto moje postanowienia:
1) zero słodkiego w pracy (powtarzam: w pracy)
2) dojeżdżanie do pracy rowerem (to już czynię)
3) niejedzenie po 20:00 (wieeem, teoretycznie powinno być "niejedzenie po 18:00", ale to już dla mnie byłaby przesada... Kończenie mojej codziennej konsumpcyjnej przygody o 20:00 i tak będzie ogromnym osiągnięciem dla mnie, etatowego podjadacza...)
4) unikanie tłustych i w inny sposób tuczących potraw
5) raz w tygodniu uprawianie jeszcze jakiegoś sportu. Prawdopodobnie padnie na tenis. Już od dwóch lat mąż mój próbuje zaciągnąć mnie na kort - bez skutku... Trzeba ukrócić to odwlekanie!
Jeszcze jedna sprawa odwodzi mnie od przechodzenia na restrykcyjną dietę i od zapisania się na jakieś zabójcze zajęcia sportowe - chcemy z mężem postarać się o nowego potomka, więc:
Primo: Nie ma co wyniszczać organizmu głodówkami itp.
Secundo: Nie ma powodu angażować się w kilkumiesięczne kursy sportowe, bo w razie zaciążenia (obleśne słowo...) i tak musiałabym zrezygnować,
Tertio: Nie ma sensu zbyt mocno chudnąć, bo i tak wszystko niebawem zostanie zmarnowane :D
Ale siedzieć z założonymi rękami i obserwować mój tłuszczowy rozrost nie mam zamiaru!
Teraz, niestety, sprawa nie jest taka prosta... Po powrocie do domu nie jestem w stanie wygospodarować godziny na machanie rękami i nogami w rytm muzyki (a może nie chcę - szkoda mi czasu...?), a jedzenie, jeśli w ogóle uda mi się zabrać za jego przygotowywanie, szykuję już nie tylko dla siebie, ale też dla męża i synka... Nie śmiałabym głodzić ich (szczególnie synia) ku chwale mojej niższej masy.
Pozostaje mi jedynie znaleźć stosowny kompromis... Oto moje postanowienia:
1) zero słodkiego w pracy (powtarzam: w pracy)
2) dojeżdżanie do pracy rowerem (to już czynię)
3) niejedzenie po 20:00 (wieeem, teoretycznie powinno być "niejedzenie po 18:00", ale to już dla mnie byłaby przesada... Kończenie mojej codziennej konsumpcyjnej przygody o 20:00 i tak będzie ogromnym osiągnięciem dla mnie, etatowego podjadacza...)
4) unikanie tłustych i w inny sposób tuczących potraw
5) raz w tygodniu uprawianie jeszcze jakiegoś sportu. Prawdopodobnie padnie na tenis. Już od dwóch lat mąż mój próbuje zaciągnąć mnie na kort - bez skutku... Trzeba ukrócić to odwlekanie!
Jeszcze jedna sprawa odwodzi mnie od przechodzenia na restrykcyjną dietę i od zapisania się na jakieś zabójcze zajęcia sportowe - chcemy z mężem postarać się o nowego potomka, więc:
Primo: Nie ma co wyniszczać organizmu głodówkami itp.
Secundo: Nie ma powodu angażować się w kilkumiesięczne kursy sportowe, bo w razie zaciążenia (obleśne słowo...) i tak musiałabym zrezygnować,
Tertio: Nie ma sensu zbyt mocno chudnąć, bo i tak wszystko niebawem zostanie zmarnowane :D
Ale siedzieć z założonymi rękami i obserwować mój tłuszczowy rozrost nie mam zamiaru!
Subscribe to:
Posts (Atom)